2 kilometry nad Piano di Commezzadura
Ilekroć przybywamy do Val di Sole, stawiamy sobie za cel, aby popatrzeć na Piano z góry. Najłatwiej zrobić to za pomocą drona, nieco trudniej wjeżdżając kolejkami gondolowymi (startując w Daolasa lub Mezzana). Bez większych problemów można też wjechać samochodem do niewielkiego miasteczka Marilleva (ośrodka spotów zimowych), które znajduje się na wysokości miedzy 900 a 1400 m n.p.m. Widok, jak z bajki. Trudno się nie zachwycać 😊
A co, kiedy forma dopisuje i stać nas na coś więcej? Siedząc na tarasie Casa il Tramonto, obserwując kolejne wschody i zachody słońca, prędzej czy później musi pojawić się pomysł, aby popodziwiać to zjawisko z nieco innej perspektywy. Najlepiej z poziomu górujących nad Piano grani. Pozostaje tylko wybrać, z której z nich widok będzie najciekawszy. Jednocześnie nie trzeba będzie wstawiać o 4 rano (i to we wrześniu!), aby wdrapać się na odpowiednią wysokość, zanim promienie porannego słońca zaleją całą dolinę.

Punkt widokowy, czyli niewielki parking przy drodze do Ortisé.
Rozwiązanie narzuca się samo. Jest jedyne i dawno przetestowane. Leżąca na wysokości ok 1500 m n.p.m. miejscowość Ortisé powstała chyba wyłącznie po to, aby podziwiać z niej okolicę. Dla mieszkańców jest to teoria mocno naciągana. Osada, jak osada, tyle że trudniej z niej dojechać do pracy, a potem wrócić do domu. Droga do Ortisé wije się serpentynami i posiada zwężenia mocno utrudniające mijanie się pojazdów. Oczywiście bez przesady. Skoro wjeżdżają tam autobusy, to znaczy, że jakieś rezerwy jeszcze są.
Wchód słońca obserwowany z Ortisé rzeczywiście jest bajeczny. Przed naszymi oczami rozświetlają się kolejne granie. Wystające znacznie bardziej niż widać to z Piano – Dolomiti di Brenta a potem całe pasmo Alpi dell’Adamello e della Presanella. Zostając dłużej w tym miejscu można obserwować, jak słońce coraz głębiej zagląda w dolinę. Szczególnie ciekawie z tej perspektywy prezentuje się rozświetlone Passo del Tonale. Doskonale widać, jak wybitna to przełęcz i skąd wzięło się jej znaczenie militarne.

Alpy Retyckie o wschodzie słońca. Najwyższa w tej grupie Cima Busazza sięga 3326 m n.p.m.

Był wschód i minął. Można wracać, albo… Trafił nam się upalny dzień. Na górze przyjemny chłodek, na dole coś dla miłośników temperatur +30 °C. To my dziękujemy i jedziemy wyżej. Jedziemy, gdyż asfaltowa droga wije się dalej, a znaków zakazu wjazdu nie widać. Wypożyczone w Dimaro Punto dzielenie pokonuje pierwsze zakręty, ale kierowca (czyli ja) wydaje się nieco mniej dzielny. Zaczyna się robić podobnie jak na słynnej Gavii. Jest tak wąsko, że co najwyżej można się minąć z rowerem. Zabezpieczenie zakrętów jest typowe dla ogrodzonych pastwisk, czyli elektryczny pastuch i to wszystko. Być może na lekkie Punto wystarczy 😊

Taki widok w kierunku Passo Tonale uzmysławia, dlaczego to tak ważny punkt strategiczny.
Dzielnie pokonaliśmy kolejne zakręty i dojechaliśmy do dużo lepiej ogrodzonego parkingu na którym stało już kilkanaście aut. Ich właścicielami byli podobni do nas miłośnicy wschodów słońca, zupełnie niepodobni miłośnicy zjazdów na dziwnie wyglądających rowerach oraz grzybiarze. Z samego parkingu widać tylko las. Pod nogami grzyby w sporych ilościach. Po co lokalna społeczność chodzi głębiej w las, nie do końca jest dla nas jasne. Na to co rosło w pobliżu nie starczyłoby pojemności dużego bagażnika. Ponieważ akurat nie mieliśmy ze sobą koszy i nawet złamanego scyzoryka poszliśmy się przejść. Taka rozruchowa wycieczka do leżącego nieopodal baru.
Kiedy wybierasz się na wschód słońca to wiedz, że bary i restauracje położone z dala od osad ludzkich, a szczególnie w górach, są o tej porze zamknięte! W Mezzanie wypijesz pyszną kawę o 5 rano, ale o tej porze w Malga Stabli możesz jedynie zajrzeć do miski pilnującego dobytku psa, a i to pod warunkiem, że pies ci pozwoli. Niewykluczone, że nieco lepiej jest w niedzielę rano, bo w tym miejscu organizowane są także wesela, ale z braku odpowiednich strojów, nie sprawdzaliśmy tego.

Malga Stabli. Pięknie położony bar/schronisko. Można tu dojechać samochodem.
Doszliśmy do Malga Bronzolo, czyli zabudowań gospodarczych przypominających nasze duże owczarnie. Widok zwalił nas z nóg. Nawet kilka zjedzonych tik-taków nie było w stanie dźwignąć nas z trawy. Dopiero mój strach, że pozostając dalej w tym miejscu, będę zmuszony sprostać wyzwaniu posmarowania twarzy, jakimś super kremem przeciwsłonecznym poderwał mnie na nogi.

Chcąc uniknąć otwartego konfliktu małżeńskiego i tak musiałem się posmarować. Z czystej chęci zemsty za tę niegodną prawdziwego mężczyzny zniewagę, zadecydowałem o kontynuowaniu marszu w górę. Tym razem po wąziutkiej ścieżynce, która czasem prowadziła stromo pod górą, a czasem wiła w trawach się niczym dawne, mało znane dróżki na bieszczadzkich połoninach. Za zabudowaniami minęliśmy granicę lasu i wówczas otworzyły się widoki, które co chwila przebijały urodą, to co widzieliśmy parę minut wcześniej. Wielkie łąki, pola jagód, piarżyska i wreszcie całkiem poważne ściany i posępne turnie. Co paręset metrów zupełnie inny świat. Co chwila nowe zdjęcia i kolejne zachwyty.

Ponad granicą lasu rozpościera widok się rozległe pastwiska.


Widok jak w topowym spaghetii westernie. Brakuje tylko Clinta Eastwooda i meksykanów w ponczo. Muzyka Ennio Morricone sama się narzuca.
W ten sposób trochę niechcąco weszliśmy na Passo Valletta (2699 m.p.m.), która rozpościera się u stóp Cima Mezzana (2849 m n.p.m.). Na przełęczy kolejna zmian krajobrazu. Tuż pod nią rozpościerał się typowy dla tej części Alp – mały księżycowy płaskowyż z kilkoma stawami. Doskonała widoczność pozwalała na obserwację wybijających się szczytów i grani, leżących bardzo daleko od miejsca w którym się znaleźliśmy. Szczególnie dostojnie prezentował się odległy o ponad 50 km i połyskujący w słońcu Lodner (Cima Fiammante).


Widoczność z przełączy, jak ze snów. Widoczne były granie leżące nawet po austriackiej stronie Alp.
Gdyby nie mizerne zapasy, które wyczerpaliśmy praktycznie po wyjściu z samochodu, moglibyśmy spędzić tam więcej czasu. Co prawda krzaki jagód kusiły dojrzałymi owocami, ale tu znowu nie byliśmy pewni szybkości ich przemiany w naszym układzie pokarmowym i ostatecznie rozpoczęliśmy zejście w kierunku baru/schroniska Malga Stabli, licząc na posiłek znacznie pożywniejszy niż miętowe tik-taki. Schodząc syciliśmy oczy cudowną panoramą, która zmieniała się wraz z kątem padania promieni słonecznych. Cima Tosa w Dolomitach Brenta nie pozwalała od siebie oderwać wzroku. W połączeniu z widokiem na Cima Presanella efekt zeza był zapewniony aż do granicy lasu.

Góry, trawy, piargi, krzaki jagód i nic więcej. Przez cały dzień napotkaliśmy 3 osoby.

Ta grań jest widoczna z tarasu Casa il Tramonto w Piano. Najwyższa formacja to Sasso Rosso. To o nią rozbijają się pierwsze promienie wschodzącego słońca. Niesamowita góra.

Cima Tosa. Niesamowita formacja w Dolomitach Brenta.

Dolomiti di Brenta. Odwiedziliśmy je w 2024 roku startując z Molveno. Niezapomniana trasa.

Cima Presena. Gdzieś tam chowa się kolejka gondolowa z Passo Tonale.

I jak tu nie usiąść w takim miejscu. Nad wszystkim dominuje Cima Presanella - 3557 m n.p.m.

Teraz wiadomo, komu służą zabudowania gospodarcze, które mijaliśmy po drodze. Na wszelki wypadek warto się rozejrzeć, czy w pobliżu nie ma jakiś Indian. Trochę szkoda, że nasze blade twarze nie nadawały się do filmu. Mówiłem, że z tym kremem przeciwsłonecznym to był kiepski pomysł.

Bar już otwarty. Ciastka wyśmienite. Napoje w taki upał smakują jeszcze lepiej.
Tmczasem godzina zrobiła się mocno popołudniowa. Bar był już czynny i można było dokonać zamówienia. Karta dań była prezentowała się dość bogato i podobno wszystko było bardzo smaczne. Niestety wybór został drastycznie ograniczony przez brak energii elektrycznej. Gdzieś tam niżej, ktoś zerwał linię energetyczną, skutkiem czego – zjedliśmy ciastko. Bardzo dobre ciastko. Wyśmienite ciastko. Ale jednak było to tylko ciastko! Na szczęście nikt nie jechał pod górę i nasze wypożyczone Punto zawiozło nas szybciutko do Ristorante Bucaneve, gdzie odzyskaliśmy siły. Tym razem zrezygnowaliśmy z deseru 😊
PS. Być może w naszych wspomnieniach ta wycieczka jest trochę podkolorowana. Pamiętamy jednak, że zrobiliśmy 1000 m przewyższenia w zmiennym terenie, a to wymaga pewnej wydolności i samozaparcia. Gór nie można lekceważyć nawet wtedy, kiedy widzimy, że ktoś inny po nich biega. Wycieczka była bardzo fajna, ale bez dobrych butów i turystycznej odzieży - byłaby katorgą.


